czwartek, 24 lipca 2014

Rzecz w Chylińskiej, pogodzie i dresach.


Doskonale pamiętam (ok, tego nie pamiętam, przeczytałam dużo później w Internetach) słowa Agnieszki Chylińskiej jakimi okrasiła płytę Edyty Bartosiewicz z Krawczykiem - dla zainteresowanych. Na usta, a raczej - na klawiaturę - ciśnie mi się pewna analogia - pragnę zastąpić wspomnianych muzyków zwykłą pogodą. Bo czekasz na nią te wszystkie miesiące spędzone w szkolnej ławie, planujesz że w lipcu to się zrobisz na czekoladę i z radością przywitasz piegi, że rower będzie codziennie, że kawa mrożona zamiast obiadu i namiot zamiast ciepłej kołdry, a tu.. takiego wała, że posłużę się klasykiem. Bo pogoda sobie poleciała, nie jestem tak pewna by od razu stawiać tezę gdzie (lub w co), jak Agnieszka, intuicja mi jedynie trochę podpowiada, że prażące słońce i żar z nieba leciały ku wybrzeżom słonecznej Italii, jak to o tym czasie zrobiły rok temu.
Tymczasem, pośród tych żenujących okoliczności przyrody - jak lubi to określać Miss Ferreira (klik, klik, klik, krótkie spodenki i cienkie ramiączka wymieniam na dresy. Pogoda dresowa, to i humor mam dresowy. I prawie jak dres wyglądam. I rapsów słucham, jak na dresa przystało. I przed południem nie wstaje, bo to w iście dresowym stylu. Jedynie (nie)szlachetnych metali na szyi nie noszę* i z piwem pod blokiem nie stoję**.


* ok, ok, czasem noszę
** bloku nie mam. i piwa też nie (sławny Lord nie chce mnie odwiedzić)

środa, 16 lipca 2014

I'm lovin'it

Kładę się tuż przed świtem, wstaję kiedy słonko bezpardonowo połaskocze mnie po policzku. Biorę łyk wody, zmotywowana fit fanpejdżami sięgam po miseczkę owsianki z owocami bądź kaszy, czy też pyszną sałatkę - w końcu pomidory teraz najlepsze. Wiem, że moje łóżko nie jest jeszcze gotowe na rozstanie aż do wieczora, to też zdrową szamkę konsumuję w łóżku, przecząc obyczajom oraz normom zdrowego rozsądku. Do towarzystwa odpalam moje ulubione seriale ostatniego czasu - sprawdzam co u Jess i reszty, a także kibicuję Mike'owi, przy okazji rozpływając się nad boskością Harvey'a. Przywdziewam łachmany podrygując do hitów zapodawanych przez Czwórkę, której zostałam najwierniejszą fanką i wyznawczynią. Dzień mija mi na leżeniu na zmianę na jednym bądź drugim boku, zmieniania, kiedy pogoda pozwala, odcienia ciała z córki młynarza na córkę właściciela fabryki czekolady, buszowaniu w porzeczkach, polowaniu na sandały, spamowaniu na fejsie, już nie mówiąc o instagramie. Wieczory smakują najlepiej spędzone na schodach przed domem, bądź chociaż przy otwartym oknie. Okraszone dobrym filmem bądź boską Laną. Summer vacation, i'm lovin' it ♥


poniedziałek, 7 lipca 2014

Gość specjalny


     
Od niespełna dwóch miesięcy pod moim dachem mieszka nowy domownik. Szczerze przyznam, najpiękniejszy z nas wszystkich, najbardziej dostojny i elegancko ubrany. Na co dzień nie rozstaje sie ze swą białą krawatką, nosi białe skarpetki, lecz nie zakłada doń sandałów. Fryzura mu błyszczy, czasem tylko chodzi rozczochrany, w ferworze zabawy. Nie przepada za dodatkami, to też swą smycz zgryzł, teraz próbuje spalić obrożę niczym feministki staniki. Ma pociąg do butów, jak prawdziwy pies szafiarki. Ceni sobie te najładniejsze, najlepsze, ulubione. Przepada za szpilkami, dobrze też smakują sportowe, tuż po treningu.
     Kolejnym faktem wskazującym na jego wyjątkowość jest niezwykle wysublimowane podniebienie. Gardzi psimi przysmakami, na próżno wabić go na Pedigree. Czarek, bo tak u na imię, dba o linię. Preferuje czereśnie wraz z pestkami, wybierane z miski które w pocie czoła zbieram na ciasto. Wspólnie jemy porzeczki prosto z krzaka, dzielimy się po równo. Razem konsumujemy bób i przeróżne zupy.

     Trudno nam się rozstać, to też razem z Czarkiem spoczywającym u mych stóp pozdrawiamy.




     Czaro wie, że to do mnie należy strona przed obiektywem, toteż model z niego kiepski. Pozwolicie, że większa część zdjęć będzie moja.